Reklama

Dwa dni, o których Konin długo nie mówił. 45 lat temu doszło do pogromu Romów

45 lat temu Konin ogarnęła przemoc. Dwa dni, o których przez lata mówiło się niewiele

We wrześniu 1981 roku Konin stał się miejscem wydarzeń, które należą do najtrudniejszych kart powojennej historii miasta. Zaczęło się od konfliktu i bójki dwóch młodych mężczyzn. W ciągu kilkunastu godzin sytuacja przerodziła się jednak w zbiorową przemoc wymierzoną w romskich mieszkańców Konina. Płonęły samochody, wybijano szyby w domach, padały groźby, a przerażone rodziny szukały schronienia lub opuszczały miasto. Dziś, po 45 latach, do tamtych wydarzeń można wrócić znacznie dokładniej. Polska Agencja Prasowa dotarła do akt prowadzonego wówczas śledztwa. Zachowały się również relacje świadków oraz fotografie konińskich fotoreporterów. Badacz historii społeczności romskiej Artur Maroń uważa, że wydarzenia w Koninie należy określać nie tylko mianem zamieszek, ale pogromu Romów.

Wszystko zaczęło się przed kinem Górnik

Był 9 września 1981 roku. Przed ówczesnym kinem Górnik przy ulicy Urbanowskiej doszło do bójki pomiędzy 19 letnim Romem Maciejem W., nazywanym „Skarbkiem”, a 25 letnim Witoldem J. Do starcia włączyli się znajomi i członkowie rodzin obu mężczyzn. Interweniował patrol milicji. Nie był to jednak przypadkowy konflikt. Z akt śledztwa, do których dotarła PAP, wynika, że między mężczyznami istniał spór sięgający około dwóch miesięcy wcześniej. Towarzyszyły mu wzajemne groźby i obraźliwe wypowiedzi. Po bójce rodzina Macieja W. zaczęła wracać do domu przy Placu Wolności. Za nią ruszyli inni uczestnicy zajścia. To, co początkowo było konfliktem kilku osób, zaczęło zmieniać się w coś znacznie bardziej niebezpiecznego.

Reklama

Tłum pod domem na Placu Wolności

Przed domem romskiej rodziny zebrało się kilkadziesiąt osób. Według zeznań zachowanych w aktach śledztwa znaczną część grupy stanowili nietrzeźwi młodzi mężczyźni, jednak świadkowie wspominali również o kobietach i dzieciach. Padały groźby kierowane już nie tylko przeciwko uczestnikom wcześniejszej bójki, lecz przeciwko Romom jako społeczności. Rodzina W. zabarykadowała się na strychu. Pozostała tam aż do następnego dnia. Tymczasem przed budynkiem sytuacja stawała się coraz bardziej dramatyczna. Wybijano szyby. Podpalono samochód należący do ojca „Skarbka”. Według ustaleń przytoczonych przez PAP zgromadzeni nie pozwolili strażakom ugasić pojazdu. Interweniujący milicjanci zostali zaatakowani, jeden z funkcjonariuszy oddał strzały ostrzegawcze. Milicja zatrzymała trzech najbardziej agresywnych uczestników zajść. Zamiast uspokoić sytuację, doprowadziło to jednak do kolejnej eskalacji.

Na ulicach było nawet 500 osób

Tłum ruszył pod komendę, domagając się uwolnienia zatrzymanych. Według dokumentów śledztwa grupa liczyła już od 300 do nawet 500 osób. Jednocześnie w starej części Konina atakowano domy należące do Romów. Wybijano szyby i podejmowano próby podpaleń. Nie wszyscy mieszkańcy przyglądali się temu bezczynnie. Jedna z romskich rodzin wspominała później, że polscy sąsiedzi ukryli małżeństwo przed tłumem. W uspokojenie sytuacji zaangażowali się także lokalni dziennikarze oraz działacze konińskiej „Solidarności”. Encyklopedia Solidarności potwierdza, że 9 i 10 września członkowie Zarządu Regionu prowadzili mediacje między stronami konfliktu. Około godziny 2 w nocy sytuacja zaczęła się uspokajać. Ale tylko na kilka godzin.

Reklama

10 września strach wrócił

Następnego dnia milicja wydała list gończy za Maciejem W. Romskie rodziny, obawiając się kolejnej fali przemocy, zaczęły opuszczać Konin. Ludzie pakowali swój dobytek i wyjeżdżali do krewnych oraz znajomych mieszkających w innych miejscowościach. Ten moment został uwieczniony przez konińskiego fotoreportera Andrzeja Mosia. Po latach wspominał, że fotografowani przez niego ludzie byli przestraszeni i mówili, że muszą wyjechać z miasta. Po południu sytuacja ponownie stała się niebezpieczna. Na Placu Zamkowym zaczął gromadzić się tłum. Rozeszła się pogłoska, że Romowie przygotowują odwet i do Konina mają przyjechać kolejne osoby. Plotka wystarczyła, aby ponownie uruchomić agresję.

Tłum ruszył na konińskie błonia

Na błoniach przebywały wówczas dwie romskie rodziny. Jak wynika z ustaleń przytoczonych przez PAP, znalazły się w Koninie z powodu awarii samochodu i nie wiedziały nawet o wydarzeniach poprzedniej nocy. W ich kierunku ruszyła kilkusetosobowa grupa. Na miejscu było zaledwie dwóch milicjantów. Funkcjonariusze umieścili kobiety oraz kilkanaścioro dzieci w samochodzie i wywieźli je w bezpieczne miejsce. Tłum zaczął niszczyć pozostawiony dobytek. Do ogniska wrzucano ubrania i zabawki. Ostatecznie podpalono również dwa samochody należące do Romów. Później grupa ponownie skierowała się pod komendę. W stronę zabezpieczających budynek milicjantów i żołnierzy Wojskowej Służby Wewnętrznej poleciały kamienie. Ranni zostali wojskowy oraz przypadkowy strażak. Dopiero około godziny 22 sytuację opanowały sprowadzone do Konina oddziały ZOMO z Poznania. Zatrzymano 40 osób. W późniejszych postępowaniach prokuratura oskarżyła sześciu Polaków i czterech Romów w związku z wcześniejszymi bójkami. W osobnym procesie sądzono dziesięć osób związanych z podpaleniami samochodów i zajściami przed komendą. Sprawami nieletnich zajmował się sąd rodzinny. 

Reklama

Zdjęcia pozostały

Po wydarzeniach zostały nie tylko akta i wspomnienia świadków. W zbiorach Miejskiej Biblioteki Publicznej w Koninie zachowała się Miesięczna Kronika Fotograficzna Województwa Konińskiego z września 1981 roku. Wśród fotografii wykonanych przez Ryszarda Fórmanka i Andrzeja Mosia znajdują się zdjęcia przedstawiające wraki spalonych romskich samochodów. Co charakterystyczne dla języka tamtych czasów, jedna z fotografii została opisana w kronice słowami: „Spalone samochody, skutek nieporozumień”. Dzisiaj sama konińska biblioteka opisuje te fotografie już wprost jako wraki spalonych samochodów romskich.

Zamieszki czy pogrom?

Przez lata wydarzenia przedstawiano przede wszystkim jako bójki, zamieszki albo chuligańskie ekscesy. Współczesna ocena części badaczy jest znacznie bardziej jednoznaczna. Artur Maroń, badacz mniejszości romskiej związany z Uniwersytetem Wrocławskim, uważa, że wydarzenia w Koninie należy określać jako pogrom, mimo że nie było ofiar śmiertelnych. Argumentuje, że przemoc została skierowana przeciwko konkretnej grupie etnicznej, niszczono jej domy i samochody, kierowano groźby, a część mieszkańców została zmuszona strachem do opuszczenia miasta. Badacz zwraca również uwagę na szerszy kontekst. Podobne antyromskie wystąpienia miały miejsce w okresie PRL także w innych polskich miejscowościach. Rok 1981 był jednocześnie czasem głębokiego kryzysu gospodarczego, społecznego i politycznego. Zaledwie trzy miesiące po wydarzeniach w Koninie w Polsce wprowadzono stan wojenny.

Reklama

45 lat później warto o tym pamiętać

Historia 9 i 10 września 1981 roku nie jest łatwą historią Konina. Tym bardziej nie powinna zostać zapomniana. W ciągu dwóch dni konflikt kilku osób zmienił się w przemoc wymierzoną w całą społeczność. Ludzie barykadowali się w domach, inni uciekali z miasta, płonęły samochody, a na ulicach pojawiły się setki agresywnych osób. Jednocześnie były również inne zachowania, sąsiedzi ukrywający zagrożonych Romów, dziennikarze próbujący uspokajać sytuację i przedstawiciele „Solidarności” podejmujący mediacje. Po 45 latach zachowane dokumenty, fotografie i świadectwa pozwalają spojrzeć na tamte dwa wrześniowe dni bez języka, którym próbowano kiedyś pomniejszać skalę wydarzeń. To fragment historii Konina trudny i niewygodny, ale właśnie dlatego wart przypomnienia.

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 09/09/2026 12:43
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości